W Bieszczadach oczyszczam głowę. Jak w każdych górach, a właściwie i na każdym wyjeździe, odcinam się od codzienności. Przestaję myśleć o pracy, o tym, co mam jeszcze do załatwienia, a skupiam się na tym, co tu i teraz. Czuć tam jednak coś innego. Jeszcze do końca nie potrafię tego nazwać, za mało razy tam byłam. Myślę, że czuć, że to koniec, a jednocześnie początek. Że pusto, że bezkres. Tak, wiem, że ładne weekendy, szczególnie roku 2020, na połoniny ściągały tłumy, ale wtedy mnie tam nie było. Przyjechałam jesienią.

SPOKÓJ

No więc jest w Bieszczadach coś takiego, co uspokaja. Nie ma tak spektakularnych widoków jak w Tatrach, które kocham. Ale jest piękno innego rodzaju. Takie łagodne, spływające po zboczach, obejmujące kolejne i kolejne pasma. Wiatr głaszcze pożółkłe trawy, które pokrywają połoniny jak złota sierść golden retrievera. Coraz bardziej kolorowe drzewa porastają te wszystkie Kiczery i Jaworniki.

Marzę o jesieni. Tej piękne, złotej. Dostaję jesień i taką, i tę smutną, listopadową.

CHMURY

Pierwszego dnia góry toną w chmurach, w powietrzu unosi się nieprzyjemna wilgoć. Schodzę z torów w Cisnej na czerwony szlak. Buty grzęzną w błocie i zwalniają marsz, ale to mija. Dalej przez las. Ta wilgotna szarość usiadła na drzewach, przenika pomiędzy pnie. Sprawia, że drobne obawy samotnej wędrówki urastają do sporych rozmiarów. Trzeba założyć czapkę i kaptur, wtedy człowiek znowu czuje się bezpiecznie.

W Kalnicy wegańskie ciasto drożdżowe ze śliwkami. Rozgrzewam kubkiem gorącej herbaty zmarznięte dłonie. A rano w drodze rozmowa o tym, jak dobrze jest podróżować samej.

NADZIEJA

Początek drugiego dnia nie zapowiadał się dobrze. Chmury nie zachęcały do wyjścia. Podejście w stronę Smerka czujne, żeby nie wylądować w błocie. I nagle prześwity słońca, chmury unoszą się coraz wyżej i pojawia się nadzieja. Najpierw te piękne promienie przedpołudniowe przedzierające się przez korony drzew, nieco wyżej – oświetlające całą okolicę, tworzące świetlne tunele do przenoszenia się w czasie i przestrzeni.

W sercu radość, bo ten dzień ratuje cały wyjazd, widać jesienne Bieszczady! Wśród drzew jeszcze trochę zieleni, na połoninach dominują już rudy i złoto. Po prawej stronie Pasmo Graniczne i Słowacja, po lewej – pasmo Otrytu, daleko na wprost Ukraina.

KONIEC

To już koniec Polski. Siedzę w Wołosatem na ławce za cmentarzem i patrzę na ten koniec. Nie ma zasięgu, telefon nie zadzwoni. Jeszcze ostatni turyści schodzą szlakiem z Tarnicy, inni drogą z Przełęczy Bukowskiej. Jest już tylko cisza.

Ostatni dzień na smutno. Z nieba leje się deszcz, a ja zastanawiam się, jak wygląda takie życie. Wśród gór, ale z dala od wszystkiego. Wychodzę na spacer z Terenowej Stacji Edukacji Ekologicznej i czuję się, jakbym szła w teren, w las, badać przyrodę, patrzeć na zależności jej elementów, na życie i śmierć. Ale wtedy znów zaczyna lać. Wracam, żeby z balkonu popatrzeć na dwie Kiczery, które przycupnęły po drugiej stronie ulicy. Na te zarośnięte góry, do których przylgnęła ta wołoska nazwa.

I myślę, że może… może jeszcze raz udałoby się przyjechać w tym roku.

  • nocleg w Bacówce pod Honem
  • I dzień – trasa z Cisnej do Przysłupa, skrócona drogą z Małego Jasła
  • nocleg u Oli – to połączenie małego schroniska z klimatem hippisowskim, gdzie wszyscy siedzą w kuchni, piją herbatę i jedzą domowe wypieki
  • II dzień – trasa z Kalnicy przez Połoninę Wetlińską do Brzegów Górnych, dalej stopem do Wołosatego
  • nocleg w Terenowej Stacji Edukacji Ekologicznej BPN
  • III dzień – spacer w okolicach Wołosatego

PAŹDZIERNIK 2020

Leave a comment

%d bloggers like this: