Za sprawą wyprodukowanego przez Netflixa filmu „14 szczytów: nie ma rzeczy niemożliwych” cały świat miał okazję poznać twórcę i głównodowodzącego projektu „Project Possible”, Nirmala ‘Nimsa’ Purję. Mniej więcej w tym samym czasie światło dzienne ujrzała książka jego autorstwa, opisująca szczegóły całego przedsięwzięcia, „Poza możliwe”. Film obejrzałam parę miesięcy temu, a książkę skończyłam dopiero co. „Czy lektura ta jest na równie wysokim poziomie, co dokonania Nimsa?” – zapytacie. Raczej nie. Czy dobrze mi się książkę czytało? Mimo całego narzekania, które za chwilę, muszę przyznać, że tak.

Sporo książek o himalaizmie pochłonęłam i co nieco na ten temat wiem. W Himalajach nawet byłam! Ale „tylko” na trekkingu, moja wiedza jest więc czysto teoretyczna i jednak dość ograniczona. Nie będę się więc wypowiadać na temat samej wspinaczki i czystości stylu. Zostawiam to tym, którzy znają się bardziej i których być może uwiera fakt używania tlenu czy przemieszczanie się helikopterem pomiędzy niektórymi bazami.

Na czym polega Project Possible

Na czym w skrócie polega „Project Possible”? Otóż Nims postanowił skrócić obecny rekord zdobycia Korony Himalajów i Karakorum, czyli 14 szczytów o wysokości ponad 8000 m n.p.m., z prawie 8 lat do zaledwie 7 miesięcy. Jako były żołnierz oddziałów specjalnych sił brytyjskich wykazywał się niezłym przygotowaniem fizycznym i kondycją. Jako Nepalczyk łatwo się adaptował do dużej wysokości. A do tego ma chyba wyjątkowe predyspozycje do działania w takich warunkach i na takiej wysokości, jak najwyższe szczyty Himalajów. 

Pobicie rekordu w takim stopniu wydaje się wręcz niemożliwe. Chyba tak samo uważali ludzie, do których Nims zwracał się z ofertą współpracy. Raczej niewielkim entuzjazmem pałało też środowisko wysokogórskie. Do tego stosunkowo krótkie, zaledwie kilkuletnie, doświadczenie w tego typu wspinaczce wyglądały zapewne jak porywanie się z motyką na słońce. Ale czy nie o to w życiu chodzi, żeby przekraczać własne bariery? Walczyć z własnymi słabościami? Pokazać, że to, co wydaje się niemożliwe, można zrealizować? Żeby nie poddawać się, gdy życie rzuca nam kłody pod nogi, a raczej by przekuć to w działanie i wyjść z tego jeszcze silniejszym?

Czy nie za dużo w tym coachingu?

Brzmi jak pytania ze wstępu do coachingowego poradnika? W dużej mierze w takim właśnie tonie utrzymana jest narracja książki „Poza możliwe”. Oczywiście jestem pod wrażeniem dokonań Nimsa. Biorąc pod uwagę miejsce, z którego pochodził, cały wysiłek, jaki w życiu wkładał w dojściu do miejsca, w którym jest, to zdecydowanie zasłużył na cały splendor i uznanie. Po prostu takie podejście nie jest w moim stylu. Różnimy się i nie każda osoba będzie w stanie osiągnąć to, co chce, jeśli tylko wystarczająco się postara. Ja wiem, że nigdy taka nie będę. 

Być może dobrze oddaje to podejście, o którym już słyszałam. Niektórzy twierdzą, że nie da się dobrze zorganizować dnia, jeśli się tego nie zrobi. „Tak jak mentalnym sygnałem rozpoczęcia nowego dnia było pościelenie łóżka…” – mówi Nims. No właśnie, ja nigdy nie ścielę łóżka. A ostatni raz, jaki pamiętam, równo ułożona kołdra była dziełem koleżanki, która się u mnie zatrzymała. Może powinnam to zmienić, kto wie, jak wtedy będzie wyglądać moje życie! Ale dość dygresji. 

Jeśli motywują was takie hasła, to śmiało po „Poza możliwe” sięgajcie. Jeśli jednak całe to gadanie o pozytywnym myśleniu i wstawaniu o 4 nad ranem, żeby przebiec 20 kilometrów przed pracą was męczy, to książka może być momentami irytująca. 

W mojej naturze nie leży też rywalizacja. Celem jest raczej zobaczyć coś nowego, przeżyć wyjątkowy moment, pojechać w miejsce, w którym nie byłam, choć niekoniecznie. Natomiast zrobić coś szybciej niż inni, być pierwszą osobą, która coś zrobi, pobić rekordy, wygrać – to nie ja. Może dlatego nie potrafię się utożsamić z przeżyciami Nimsa. Ale wierzę, że są i tacy, którym takie podejście bardzo odpowiada i lepiej je zrozumieją. 

Lider

Ze stron książki, przy całym tym biegu i dużych ambicjach, wyłania się jednak obraz osoby, który dba o innych. Próbuje uratować tych, którzy mogą umrzeć. Dba o swoich współtowarzyszy, dobrą atmosferę i porcję rozrywki. Stara się być dobrym liderem, który zachęca i mobilizuje, ale nigdy na tyle, żeby zdemotywować. A do tego zwraca uwagę na istotny aspekt, tak ogólnie, nie tylko związany z wyprawami wysokogórskimi – czyli to, co się dzieje z klimatem i środowiskiem.

Zawieść się mogą za to osoby, które liczą na szczegółowe opisy prawdziwych górskich przygód. Oczywiście nie zabrakło ich, ale jednak Nims skupił się na opowieści o swojej drodze i o okolicznościach całego przedsięwzięcia. Mnie akurat to nie przeszkadza. Pisanie 14 razy o serakach, linach, lawinach, zgubionym sprzęcie, trudnościach w trafieniu do namiotów i różnych problemach mogłoby się zrobić nudne. A wszystkie wejścia zlałyby się w końcu w jedno.

Trochę o języku

Narracja „Poza możliwe” jest prowadzona w pierwszej osobie i raczej mało w niej dialogów. Czasem jednak pojawia się jakby wypowiedziana myśl głównego bohatera. Mam wrażenie, że większość z nich zawiera jakieś siarczyste przekleństwo. Kilka pojawia się też pod koniec, w poradach. Nie pasuje to do całości. Nie czuję, żeby w danej chwili dobrze wzmacniały przekaz, a raczej że są zupełnie niepotrzebne. Tak jak wtrącenia po angielsku. Nie do końca rozumiem, dlaczego ich użyto. 

I jeszcze słów kilka o jakości tłumaczenia i języka. Mam wrażenie, że albo ktoś się bardzo spieszył, żeby z wydaniem zdążyć przed premierą filmu, albo chciał zaoszczędzić. W efekcie mamy nawet ładnie wydaną książkę w twardej okładce, ale tłumaczenie nie jest już tak dobrej jakości. Jednak to, co naprawdę uderza i boli osobę, która na poprawności języka trochę się zna, to liczne błędy. W metryce wydawniczej brakuje osoby odpowiedzialnej za korektę i to, niestety, bardzo czuć. Zdarzają się błędy językowe, a nawet parę ortograficznych. Ale to, co woła o pomstę do nieba, to interpunkcja! Jeśli planowane jest kolejne wydanie, to mam nadzieję, że zostaną poprawione, książka na pewno na tym zyska.

„Poza możliwe” – mimo wszystko warto przeczytać

I na koniec dodam tylko, że paradoksalnie całkiem dobrze mi się ją czytało. Może pomógł temu weekend spędzony w domu po miesiącu wypełnionym pracą. A może to, że wreszcie miałam znowu w rękach prawdziwą książkę, a nie czytnik, i przypomniało mi się, jak dobrze czyta się papierowe wydania. Może tęskniłam za opowieściami o wysokich górach. A może te moje narzekania nie są aż tak istotne. Na pewno nie będzie to pozycja, którą zdecydowanie odradzę. 

Po recenzje innych górskich książek zapraszam tutaj.

Leave a comment

%d bloggers like this: