Na drugi dzień (pierwszy tutaj, kolejny tu) wędrówki po Ziemi Kłodzkiej planuję Góry Bardzkie. Zaczynam podejściem na Przełęcz Srebrną i szlak niebieski. Poranek jest słoneczny, a ja wyspana, więc zapowiada się dobry dzień. Zachwycona tym porannym światłem już na początku gubię szlak – nie zauważam, że skręca w las i schodzi w dół zbocza i dochodzę główną drogą do twierdzy na górze Ostróg. A tutaj zamknięta brama. Trochę się stresuję, bo przede mną 35 kilometrów, a tu taka przeszkoda na samym początku. Szybki rzut oka na mapę uświadamia mi jednak, że w ogóle nie powinno mnie tam być. Odnajduję szlak i idę już bez większych problemów.

To znaczy bez problemów do Żdanowa, bo tutaj nie zauważam, że wystarczy przejść przez ulicę i iść dalej przed siebie i znowu skręcam nie tam, gdzie trzeba. Ale to mi tylko przypomina, że nieważne, ile kilometrów i ile szlaków jeszcze w życiu przejdę, bo drogę zgubić się zdarza. Na szczęście na ogół dość szybko się orientuję, że „hm, dawno nie widziałam oznaczenia”. Zresztą tego dnia kilka razy zdarzyło mi się na tym szlaku trafić na rozwidlenia dróg bez wyraźnego zaznaczenia, którą wybrać. Musiałam więc sondować i w razie czego wybierać tę drugą. Właściwie to tym razem intuicja zawodziła mnie tak bardzo, że za każdym razem najpierw wybierałam źle!

Bardo – miasto cudów

Ale oto dochodzę do Barda – miasta cudów, jak jest określane. W tych podróżach przy okazji Korony Gór Polski bardzo lubię to, że trafiam do wsi i miasteczek, w których nigdy nie byłam i może nigdy już znowu nie będę. Często jest to dla mnie zderzenie z rzeczywistością, z tym, jak różni się tam życie od tego, które prowadzę w mieście, jak inaczej ode mnie i moich znajomych myślą ludzie.

Bazylika w Bardzie

Siadam naprzeciwko bazyliki, chyba w jakimś ciągu powietrznym, bo muszę pilnować, żeby nie odleciały mi lżejsze rzeczy.

Niemiecką drogą krzyżową

Na pobliską Kalwarię, na której znajduje się niewielka kapliczka, prowadzi droga krzyżowa. Dawniej tą akurat trasą szli głównie pielgrzymi niemieccy, stąd tak była nazywana. Stacje Drogi Krzyżowej to słupy z przedstawionymi na nich scenami z Golgoty; pomiędzy nimi znajdują się małe kapliczki. Wszystko wzięło swój początek w doniesieniach jakoby na początku XV w. ukazała się tam Matka Boska Płacząca, a dowodem na to miały być ślady stóp i dłoni zostawione na pobliskim kamieniu.

Kapliczka na drodze krzyżowej w Bardzie

Niepozorna Kłodzka Góra

Legendy legendami, ale trzeba iść dalej. Jestem nieco zaskoczona, gdy okazuje się, że docieram na Kłodzką Górę. Trasa wiodła głównie przez las, więc poszło sprawnie i bez ciągłego zatrzymywania się na zdjęcia. Niezbyt to spektakularny szczyt i też nie najwyższy w tych górach. Według najnowszych pomiarów wyższa jest pobliska Szeroka Góra, ale nie prowadzi na nią bezpośrednio żadna oznakowana trasa. Ci, którym faktycznie zależy na tym najwyższym szczycie, mogą się tam dostać w kilka minut, schodząc z niebieskiego szlaku.

Pierwsze, co zauważam na Kłodzkiej Górze, to ciężki sprzęt i – jak się domyślam – fundamenty przyszłej wieży widokowej. Pod tabliczką skrzynka z pieczątką, a w kolejce ustawia się grupka czterech panów z Warszawy, którzy wspólnie zdobywają Koronę. Ale oni wracają do samochodu na Przełęcz Kłodzką, a ja szlakiem żółtym idę w stronę Kłodzka.

Po wyjściu z lasu i dojściu do ulicy trafia się wprost na punkt widokowy; pora idealna, bo właśnie zbliża się zachód słońca. Później trzeba uważać, bo po krótkim fragmencie wzdłuż ulicy szlak skręca w lewo. Nawet zauważyłam tę ścieżkę, ale żaden znak nie sugerował, że właśnie tamtędy powinnam iść. Warto mieć więc zawsze pod ręką mapę. Ja poszłam prosto, ale zreflektowałam się dość szybko i zawróciłam.

Później tylko lasek wokół Szyndzielni i pierwsze zabudowania. To dla mnie zawsze taki moment, kiedy czuję się bezpieczna. Wiem, że nawet jeśli zrobi się ciemno, to wszystko będzie dobrze, wiem, gdzie jestem.

Okolice Kłodzka w czasie zachodu słońca

35 kilometrów – zrobione!

No wiec tak, zrobiłam to! Przeszłam te 35 kilometrów i nie było źle. Jeszcze wystarczyło sił, żeby powłóczyć się po starym mieście i tylko żałowałam, że nadszedł zmierzch. Kamienice są piękne, neorenesansowy ratusz przypomniał mi podobne budynki z niemieckich miasteczek. Ale na twierdzę nie wystarczyło już czasu. Chciałabym tu kiedyś przyjechać na cały dzień. A tymczasem po porządnym obiedzie poszłam do Ośrodka Sportu i Rekreacji, gdzie miałam nocleg, bo kolejnego dnia czekały Góry Bystrzyckie i Orlickie.

A tak wyglądało te 35 kilometrów:

Informacje praktyczne:

PAŹDZIERNIK 2019

Leave a comment

%d bloggers like this: