W gruzińskiej części Kaukazu są dwa miejsca, które szczególnie przyciągają miłośników gór. Jednym z nich jest Kazbegi, położone na północ od Tbilisi. Drugie to Mestia, stolica regionu Swanetia, znajdująca się w północno-zachodniej części kraju. Swanetia jeszcze przede mną, a w tym tekście chcę wam pokazać szlaki w okolicy Kazbegi. Oczywiście to nie wszystkie trasy w okolicy, ale biorąc po uwagę łatwość dostania się, będą najbardziej dostępne i świetne na pierwszy pobyt tutaj. Tak więc poznajcie podejście pod Kazbek, okolice Juty i Dolinę Truso.

Podejście pod Kazbek – lodowiec Gergeti

Kazbegi będzie najwygodniejszą bazą wypadową, szczególnie jeśli poruszacie się bez samochodu. Są tutaj restauracje, są hotele i hostele, więc można znaleźć nocleg w bardzo przyzwoitej cenie.

I stąd rusza szlak na Kazbek. Ja chciałam dojść do lodowca, chociaż zakładałam, że mogę się nie wyrobić.

Zaczynając na głównym placu, gdzie zatrzymują się marszrutki, trzeba pójść główną drogą i przejść mostem przez rzekę. Tuż za nią jest skręt w lewo, gdzie droga powoli pnie się pod górę. Czeka was jeszcze kilka zakrętów między zabudowaniami i tu już zaczyna się dzika część. Ale spokojnie, ścieżki są wyraźne, chociaż niekoniecznie oznaczone, dlatego polecam oczywiście aplikację z mapą offline – ja korzystałam z mapy.cz. Mapę ściągnijcie na telefon, żeby móc z niej korzystać poza zasięgiem (o ile w ogóle wykupiliście pakiet internetu – ja nie, miałam tylko dostęp do wifi w hostelu, i dałam świetnie radę).

Grzbietem albo zboczem

Idąc szlakiem, obejdziecie z lewej strony wzgórze, na którym znajduje się kościół Cminda Sameba i dojdziecie na niewielki parking. Tutaj musicie wybrać jeden z dwóch wariantów dalszej drogi. Ja czułam się zmęczona i poszłam w lewo zboczem, ale polecam podejść jednak pod górę i iść grzbietem, bo wtedy cały czas będziecie mieli przed oczami Kazbek.

Na lewym zdjęciu widać tę ścieżkę pośrodku lewej strony zdjęcia. W różnych miejscach zauważycie na pewno wydeptane ścieżki. Czasem wydeptane przez turystów, czasem przez karawany dowożące zaopatrzenie – wszystkie się gdzieś łączą. Trochę zboczyłam więc z oficjalnego szlaku i poszłam jedną z tych ścieżek, a w końcu i tak dotarłam tam, gdzie miałam dojść.

Kawiarnia w budowie

Na połączeniu obu wariantów szlaków powstaje właśnie kawiarnia. W październiku 2023 była jeszcze w budowie, ale w nowym roku zapewne będzie już działać. Będzie cała przeszklona, z tarasem od strony Kazbeku. Nie będzie oferować noclegów, ale taka możliwość znajdziecie kawałek dalej w schronisku.

Mimo że to wysokość jeszcze poniżej 3 tys. m n.p.m., to rozrzedzone powietrze dało mi się we znaki. Czułam się zmęczona. Miałam nadzieję, że uda mi się dojść pod sam lodowiec, ale zatrzymałam się w okolicy przejścia przez rzekę i odpuściłam. Zresztą o tej porze roku dni są już krótsze i nie chciałam wracać po ciemku.

Natomiast po drugiej stronie rzeki jest właśnie wspomniane schronisko i baza dla osób wspinających się na Kazbek.

Po południu zerwał się silny i chłodny wiatr. Wybrałam oczywiście zejście grzbietem i co jakiś czas odwracałam się, że spojrzeć na szczyt. Tak więc ze względu na widoki polecam wejście i zejście grzbietem, albo – dla osób, które naprawdę nie lubią wracać tą samą drogą – wejście grzbietem i zejście zboczem.

Kościół Cminda Sameba

W drodze powrotnej można zwiedzić kościół. Wejście na jego teren jest darmowe, trzeba tylko pamiętać, że w budynku należy przestrzegać kilku zasad – zdjąć nakrycie głowy, a kobiety, jeśli są w spodniach, powinny obwiązać się takimi jakby fartuchami, które leżą w koszach przed drzwiami. Oczywiście, szczególnie w okresie letnim, należy też zakryć ramiona czy nogi.

Juta i Północne Chaukhi

To mała wieś położona ok. 20 kilometrów od Kazbegi, natomiast największą atrakcją jest tu pasmo North Chaukhi, zwane Gruzińskimi Dolomitami. Nie bez powodu zresztą. Kiedy zobaczyłam je na zdjęciach, wiedziałam, że muszę tu przyjechać.

Dojazd z agencją Mountain Freaks

Jeśli jesteście w grupie, można pokusić się o skorzystanie z taksówki. Niestety nie wiem, ile trzeba zapłacić na tej trasie, ale na pewno daje to większą dowolność czasową. Ja skorzystałam z transportu, który oferuje agencja Mountain Freaks. Koszt dla jednej osoby to 45 lari.

Przejazd można kupić w internecie na stronie Trip Advisor, ale można też przejść się do biura, które znajduje się blisko głównego placu w miasteczku. Busy kursują w okresie od 1 maja do 31 października i wyjeżdżają o 9.15 właśnie spod biura, a o 16:30 z Juty. W czerwcu, lipcu i sierpniu dodatkowo uruchamiane jest połączenie o 11.15, a powrót jest o 18.30. Nie można jechać wcześniejszym busem i wracać późniejszym. Jeśli wybieracie wyjazd o 9.15, to automatycznie jesteście odbierani o 16.30. Jeśli się spóźnicie, to jest szansa, że kierowca poczeka, ale to przede wszystkim wasza odpowiedzialność – może się zdarzyć tak, że będziecie musieli szukać transportu na własną rękę.

Żeby bus pojechał w dane miejsce, muszą się zebrać co najmniej trzy osoby. Z tego, co zauważyłam, to większość osób (w tym ja) zamawia przejazd dzień przed wycieczką. Ponoć są w zapasie samochody i kierowcy, oczywiście pod warunkiem zebrania tych 3 osób na kolejny pojazd.

Szlaban i godzina pieszo

Jeśli chodzi o Jutę, to pani w agencji nas uprzedziła, że busy nie dojeżdżają do samej wsi ze względu na remont drogi. Faktycznie, jakieś 3, 4 km przed wsią stoi szlaban, a za nim taksówki. Byłam nawet skłonna się z kimś złożyć, żeby zaoszczędzić czas, ale pozostałe osoby zaczęły już iść. Tak więc i ja poszłam pieszo. Dojście od szlabanu do wsi zajęło mi dokładnie godzinę, a byłam pierwsza z naszej grupy. Nie zauważyłam też po drodze żadnego remontu, dowiedziałam się za to, że kiedyś rzeczywiście stan drogi był fatalny. Została jednak naprawiona, a fakt ten widocznie wykorzystuje się do zarobienia na turystach. Mając świadomość, ile zajmuje to czasu i że droga idzie pod górę i jest trochę męcząca, polecałabym mimo wszystko wziąć taksówkę, szczególnie jeśli macie z kim podzielić jej koszt. Wolałabym tę godzinę spędzić z ładniejszym widokiem. Jeden z taksówkarzy chciał za ten przejazd 50 lari.

Podejście do kawiarni Fifth Season

W Jucie po przejściu przez most macie do wyboru dwie drogi. Można pójść jeszcze kawałek asfaltem i później odbić w prawo (za oficjalnymi znakami) albo od razu skręcić w prawo i przejść ścieżką między domami. Oba warianty są zaznaczone na mapie w aplikacji mapy.cz. Ja wybieram tę drugą opcję. Po ok. 25 minutach miniecie budynek, który wygląda jak kawiarnia, na zewnątrz jest mała ścianka wspinaczkowa, natomiast o tej porze był już zamknięty. Jeśli pójdziecie jeszcze trochę dalej, dojdziecie do kawiarni już w pełnego zdarzenia. Nazywa się Fifth Season. Dalej ciągnie się dolina, a na jej końcu wspaniałe Północne Chaukhi. Będziecie mogli je podziwiać, siedząc na kolorowych poduchach albo hamakach.

Doliną ku Chaukhi

Ja sobie zostawiam te atrakcje na drogę powrotną i ruszam dalej. Ścieżka od tego miejsca jest w dużej mierze płaska, po bokach pasą się krowy i konie, przepływa strumień, a o tej porze roku jest tak mało ludzi, że przez jakieś pół godziny mam to miejsce całkowicie dla siebie.

Po kilku kilometrach docieram do małego jeziorka i niewielkiej kawiarenki. Przed budynkiem siedzi dwóch chłopaków, ale po chwili zamykają drzwi na kłódkę i odjeżdżają na koniach z parą turystów. Jeziorko jest już częściowo zamarznięte, ale jak się stanie w odpowiednim miejscu, to wciąż widać piękne połączenie turkusu i granatu.

Wydeptane dookoła ścieżki świadczą o tym, że w sezonie turyści rozchodzą się pewnie po całej okolicy. O tej porze jest na tyle mało ludzi, że odchodzę kawałek dalej i mogę posiedzieć zupełnie sama. Chaukhi jest absolutnie magiczne. Ma przepiękny kształt, wyrasta z tej łagodnej doliny. Świeci słońce, a rudozłote trawy delikatnie trzęsą się poruszane wiatrem. Spędzam tam co najmniej dwie godziny. Wiecie, czasem nic więcej nie potrzeba – tylko słońce, spokój i piękny widok.

Szlak z Juty prowadzi dalej w górę i przechodząc obok Chaukhi, można dojść do Roszki, ale mało kto tam dociera. Trzeba by albo i tak zawrócić w pewnym momencie, albo zorganizować sobie tam nocleg. Z żalem zbieram się do powrotu. Co jakiś czas obracam się jeszcze, tak jakby można było sobie ten widok wyryć w pamięci.

Hamaki z widokiem

Mam jeszcze zapas czasu, więc siadam z kawą przed kawiarnią, żeby po raz ostatni nacieszyć się krajobrazem. A później trzeba wracać. Na szczęście droga biegnie częściowo w dół, więc wraca się o wiele szybciej. Szybkim krokiem z kawiarni powinno się wrócić do samochodu w godzinę, ale pewnie warto mieć mały zapas. Punktualnie o 16.30 odjeżdżamy w komplecie.

Rzeźby w Sno

Jeszcze w ramach wycieczki zatrzymujemy się na chwilę we wsi Sno. Stoją tutaj rzeźby głów, których autorem jest Merab Piraniszwili, urodzony właśnie w tej wsi. Jego celem było upamiętnienie gruzińskiego dziedzictwa literackiego i kulturowego. Każda z twarzy została wyrzeźbiona z pojedynczego bloku granitu albo kwarcu, wydobywanych w okolicy. Zamiarem rzeźbiarza jest stałe poszerzanie kolekcji. Na razie można tu zobaczyć np. Szotę Rustawelego (poeta z XII w.), Ilię Czawczawadze (poeta, pisarz z XIX w.) czy królową Tamar.

Dolina Truso

W to miejsce również można się dostać, wykupując przejazd w agencji Mountain Freaks. Koszt taki sam, co w przypadku Juty – 45 lari, i takie same godziny odjazdu: 9:15 – 16:30 i dodatkowo od czerwca do sierpnia 11.15 – 18.30. Najpierw jedzie się na południe od Kazbegi, a w miejscowości Almasiani odbija w prawo. Stąd jeszcze kilka kilometrów utwardzoną, ale wyboistą drogą. Z parkingu trzeba przejść przez mostek i od razu skręcić w lewo. Już na początku miniecie opuszczoną wioskę i jeszcze kilka takich będzie po drodze.

Pierwsza część drogi wiedzie wąwozem, po obu stronach piętrzą się wysokie zbocza. Jesienią o tej porze, w cieniu, w którym pogrążony jest ten fragment, jest tutaj dość chłodno, zdecydowanie przyda się ciepła kurtka. Po około godzinie wychodzi się do szerokiej doliny, wzdłuż której wije się rzeka Terek. Po prawej stronie będzie zejście na małą wysepkę, na której w sezonie działa bar. Tędy idzie się też na równoległy szlak, który biegnie zboczem. Jest się nieco ponad doliną, więc pewnie jest stamtąd ładny widok, ale ja się za późno zorientowałam i w obie strony szłam główną drogą.

Źródło mineralne

Za Ketrisi, tuż przed stalowym mostem, można zboczyć z drogi i podejść kilka minut do rwącego potoku z wodą mineralną (Keterisi Mineral Vaucluse). Przy wspomnianym moście wpada on do rzeki Terek – widać wyraźną granicę, gdzie wody się łączą.

Nieco dalej przy głównej drodze znajduje się Abano, a w nim jedyne zabudowania, przy których o tej porze roku są ludzie. Jest mały monastyr, wieża, duży dom i kawiarnia, ale i tak wszystko wydaje się ciche i wyraźnie czuć klimat końca sezonu.

Zgodnie z tym, co pokazują mapy Google, w sezonie po drodze są czynne jeszcze niewielki kawiarenki. To bardziej stół pod zadaszeniem, i faktycznie mijałam takie miejsce, ale nie było tam śladu życia.

Forteca Zakagori

Jeszcze trochę i koniec szlaku. Przede wami Osetia Południowa. Stoi tu punkt graniczny i żołnierz pilnujący, żeby nikt nie przeszedł dalej. Natomiast tuż nad nim na wzgórzu znajdują się ruiny dawnej fortecy Zakagori i tam można podejść. Z góry widać fragment dalszej części doliny, skręcającej ku północy.

Nie za bardzo wiedziałam, o której godzinie powinnam wracać. Na szlak ruszyłam ok. 9:45, a o 13:15 zaczęłam wracać. Większość osób z mojego busa już zniknęła, więc wolałam nie ryzykować, tym bardziej że aplikacja pokazywała całkiem spory czas potrzebny na dojście do parkingu. Ale im dalej szłam, tym większy miałam zapas. W końcu więc przysiadłam po drodze jeszcze na jakieś 20 minut, a i tak doszłam sporo przed odjazdem. Myślę, że spokojnie mogłam zostać przy fortecy do 14:00 albo spędzić więcej czasu po drodze.

Duże grupy po południu

O dziwo, o ile rano na szlaku nie było prawie nikogo (głównie te kilka osób z mojego busa), to po południu mijałam całkiem sporo ludzi, w tym grupy. Podejrzewam, że przyjechały zorganizowanymi autobusami albo wszechobecnymi w tym rejonie samochodami Mitsubishi Delica, których sporo stało już na terenie doliny. Nie wiedziałam, że można tu turystycznie wjeżdżać samochodem, ale jednak – po południu minęło mnie kilkanaście pojazdów. Myślę, że w sezonie może ich tu być o wiele więcej.

Jeśli któreś z powyższych miejsc chciałabym zobaczyć latem, to z pewnością właśnie dolinę rzeki Truso. W pozostałych dwóch miejscach dominowały kolory jesienne, a tutaj nie było tego tak bardzo czuć, ale niewiele zostało też po lecie. Chociaż sama dolina jest piękne, to w moim odczuciu brakowało takiego konkretnego koloru.

—–

Agencja Mountain Freaks oferuje jeszcze jeszcze jedną opcję, a mianowicie wyjazd do doliny Dariali. Po drodze zatrzymuje się w kilku punktach widokowych i generalnie cała wycieczka trwa krócej niż pozostałe. A więc startuje z Kazbegi o 11:15, a odbiór jest o 15:15. Ja niestety musiałam wracać do Tbilisi, więc wolałam wykorzystać moje 3 dni na dłuższe te dłuższe szlaki w okolicy Kazbegi.

Leave a comment

%d bloggers like this: